Jego syn zmarł po tym, jak zostawił go w rozgrzanym aucie. Teraz apeluje do innych rodziców.

Małgorzata
tydzień temu
Jego syn zmarł po tym, jak zostawił go w rozgrzanym aucie. Teraz apeluje do innych rodziców.
FB Udostępnij na Facebooku
Mieszkańcy USA wspólnie z organizacjami pozarządowymi chcą, aby Kongres przyjął tzw. Hot Cars Act. Miałoby to doprowadzić do monitorowania wszystkich samochodów dzięki umieszczeniu w nich specjalnych czujników, które włączałyby alarm, gdy tylko kierowca odchodzi od samochodu pozostawiając w nim pasażera. Miałoby to zapobiec pozostawianiu dzieci w rozgrzanych samochodach.
Miles Harrison to mężczyzna, który doprowadził do nieumyślnej śmierci swojego jedynego syna, którego zostawił w samochodzie na kilka godzin. Chłopczyk zmarł. Teraz mężczyzna zgodził się na rozmowę po 10 latach od dramatu, jaki rozegrał się w jego życiu. 

Do tragicznego zdarzenia doszło 8 lipca 2008 roku, gdy to Miles i jego żona zostali rodzicami. Adoptowali cudownego synka i od sześciu tygodni uczyli się dopiero nowej roli. Harrison był odpowiedzialny za odwożenie synka do przedszkola, co sprawiało mu niesamowitą radość. Przedszkole malca znajdowało się na drodze taty do pracy. 


"- Byłem rano strasznie zabiegany (…). Zapakowałem wszystko, co trzeba do samochodu, ciągle dzwonił do mnie telefon, miałem sporo obowiązków w pracy. Rozmawiałem, wsadziłem syna (Chase'a - red.) do auta. Wiedziałem też, że muszę oddać ubrania do pralni. W drodze do miasta pojechałem tam, wróciłem do samochodu i pojechałem prosto do pracy." - mówił w rozmowie z reporterką Polsat News. Synek siedział grzecznie na tylnym siedzeniu i nie odzywał się. Zupełnie jakby nie było go w samochodzie. Według Milesa zachowywał się tak, bo był dzieckiem z adopcji zagranicznej, więc potrzebował dużo więcej czasu do odnalezienia się w nowej sytuacji. 


Miles kończył pracę, gdy podszedł do niego kolega z biura i spytał, czy ma w samochodzie lalkę. Do mężczyzny dotarło, co się właśnie stało. Od razu wybiegł z biura i pobiegł do swojego auta. Już z daleka widział maleńkie ciałko leżące bezwładnie na tylnym siedzeniu. 

"- Wiedziałem, że to Chase, po prostu wiedziałem. Złapałem za klamkę, otworzyłem drzwi… On tam był. Całkowicie blady. Złapałem go, wyciągnąłem z fotelika. Biegłem i krzyczałem: Boże nie on, zabierz mnie, nie Chase'a." - wspomina po latach. Od razu wezwano pogotowie i policję. Ratownicy robili, co mogli, ale chłopca nie udało się uratować. Zmarł z przegrzania. 

"- Pamiętam, jak siedziałem w karetce i był tam ratownik, trzymał mnie za rękę, starał pocieszyć. Zabrali mnie do szpitala, byłem jak sparaliżowany. Pielęgniarka spytała, czy chcę coś uspokajającego, przeciwbólowego. Odpowiedziałem, że "nie, bo nie zasługuję". Potem trafiłem na policję" - mówi.


Po zabraniu Milesa na komisariat policjanci rozpoczęli przesłuchanie. Jednym z pierwszych pytań, które zadali zrozpaczonemu ojcowi było, czy jego dziecko miało wykupioną polisę na życie. Podejrzewali bowiem, że mężczyzna specjalnie zostawił dziecko w samochodzie na cały dzień. Potem Harrison trafił do szpitala z załamaniem nerwowym. Na oddziale spędził kilka tygodni, a gdy opuścił mury placówki oskarżono go o nieumyślne spowodowanie śmierci i aresztowano. 


Proces Milesa trwał trzy dni. Uznano go za niewinnego jednak, to co się stało na zawsze wpłynęło na jego życie. Z trudem przyszło mu pogodzenie się ze śmiercią wyczekiwanego dziecka, do której sam swoim zabieganiem się przyczynił. Teraz chce apelować do wszystkich rodziców, aby nie popełnili jego błędu. 

"-To może się przydarzyć każdemu. Nie mają znaczenia twój status społeczno-ekonomiczny, wykształcenie. Mają znaczenie: nowa sytuacja, niewyspanie, przepracowanie i to, co dzieje się w twoim mózgu, coś się wyłącza i nie możesz tego kontrolować. (…) Dlatego proszę, nie myśl, że to nie może się przydarzyć tobie, bo może" - wyjaśnia mężczyzna. Amerykanin jest za wprowadzeniem kroków, które mogłyby zapobiec powtórzeniu się takich tragedii. 


"- Po pierwsze, bądź pewny, że jesteś obecny tu i teraz, nie rozmawiaj przez telefon, gdy prowadzisz samochód, bo wtedy twoje myśli koncentrują się na tej rozmowie. Zwolnij, przestań się spieszyć" - podkreśla w wywiadzie. Opowiada również, że niektóre samochody w USA mają specjalny alarm, który włącza się, gdy kierowca zamyka samochód i oddala się od niego, a w środku zostaje zamknięty pasażer. Miles żałuje, że takich zabezpieczeń nie było, gdy został ojcem. Teraz zakupił samochód z takim alarmem i dodatkowo kilka razy sprawdza tylne siedzenie nim zamknie auto. Ma córkę o którą bardzo się troszczy. 

"- 8 lipca 2008 roku myślę każdego ranka. Budzę się o 5:00 rano, nawet nie potrzebuję budzika. Na stoliku mam ziemię z grobu syna. Po przebudzeniu wkładam rękę do torebki z nią i "rozmawiam" z moim synem" - mówi Harrison. Ciągle tęskni za swoim dzieckiem i rozpamiętuje dzień, w którym go stracił. 


Pamiętajmy o naszych dzieciach, gdy wysiadamy z samochodu. A jeśli widzimy, że jakiś maluch został w zamkniętym samochodzie to nie bójmy się zareagować! Nasza szybka reakcja może uratować niejedno życie!




źródło: polsatnews.pl  I  fotografie: polsatnews.pl, wdvm.com
Udostępnij na Facebooku